Dzielny rycerzyk Franciszek, który walczył o życie w łonie mamy

Franciszek zmarł 23.09.2019 roku, urodził się o 21:50 i odszedł do Domu Ojca 15 min po swoim urodzeniu. Jestem szczęśliwą mężatką od 5 lat, a od 4 lat staraliśmy się z mężem o nasz skarb, o nasze dziecko. Nadszedł ten dzień, w którym dowiedziałam się o ciąży i zaczęliśmy odliczanie do narodzin naszego długo oczekiwanego dziecka. Już od 5 tygodnia ciąży wiedziałam, że to będzie chłopiec, że to będzie Franciszek na cześć św. Ojca Pio, ponieważ to do niego modliłam się o dar bycia mamą i to za Jego wstawiennictwem modliłam się o życie syna.

W 12 tygodniu ciąży podczas USG okazało się, że sączą mi się wody płodowe, skierowano mnie do szpitala, lekarze nie dawali synkowi żadnych szans. Mówili, że dziecko umrze we mnie lub poronię. Proponowali przerwać ciążę, nie zgodziliśmy się z mężem i walczyliśmy o synka. Jestem z Opola, postanowiliśmy pojechać do Łodzi w 16 tygodniu ciąży, ponieważ od tego tygodnia można było dolewać wody płodowe. Przeszłam operację i leżałam 13 tygodni z moim synkiem w Łodzi.

Synek pomimo braku wód rozwijał się prawidłowo, rósł i kopał bardzo mocno, pomimo że z powodu braku wód nie miał za wiele miejsce – mój dzielny rycerzyk. Leżąc w tym czasie, widziałam wiele bólu, wiele łez i wiele cierpienia, którego nigdy nie zapomnę. 23.09. wieczorem zaczął się koszmar. Wypadła mi pępowina – zabrali mnie na cesarskie cięcie. O 21:50 urodził się Franuś – nie widziałam syna, bo miałam cięcie nagłe, obudziłam się dopiero około 01:30 – był zegar na ścianie, zapytałam co z dzieckiem? Powiedzieli, że jest na neonatologii. Zabrali mnie na salę poporodową. Pytam ponownie o dziecko – jest na neonatologi. Dopiero około 03:00 w nocy przychodzi pani doktor i mówi, że syn się urodził, że był bardzo silny i że zmarł, płucka nie były na tyle wykształcone.

Mój rycerzyk walczył w samotności przez 15 minut sam. Tak trudno z tym żyć, że nie było mnie przy nim, że umierał sam. Wierzę, że Bóg otoczył go swoją opieką, że nie cierpiał. Od tamtej pory nie ma dnia, żebym nie myślała o Franiu, ale wiem, że jest w ramionach Boga, że jest szczęśliwy. Syna nie widziałam, ale Pan Jezus pokazał mi Go we śnie. Śniłam, że było białe światło, widziałam postać w białej szacie, która trzymała dziecko – nie wdziałam twarzy, tylko ramiona Boga i Franciszek był w ramionach zawinięty w białe pieluszki, uśmiechał się głośno, tak pięknie.

Bardzo bolało, jak najbliższa mi rodzina, rodzice, teściowie, siostra tak błaho podeszli do tego, co się stało. Zupełnie jakby nigdy nic, jakby Franciszka nigdy nie było. Jakby nigdy nie istniał. Mam wrażenie, że dopiero teraz zaczynają rozumieć, jak bardzo ich potrzebowałam w tych trudnych chwilach mojego życia. Gdyby nie mój mąż poszłabym za Franciszkiem. To mąż był i jest dla mnie największym oparciem.

Pytam Boga dlaczego? Modlił się przecież cały świat – Pompeje, Licheń, Częstochowa... Całym sercem każdego dnia modliłam się i prosiłam. Czy te modlitwy nie były miłe Bogu? Dlaczego zabrał właśnie Franciszka? Modliłam się do Boga, by zabrał mnie, ale stało się inaczej. Bóg chciał inaczej. Pomimo tego, co się stało, to tak naprawdę Pan Bóg przez cały czas się o mnie troszczył, gdy samotnie spędzałam tygodnie w szpitalu. Mąż przyjeżdżał do mnie z Opola raz w tygodniu w odwiedziny ze względu na długą drogę, ale w szpitalu poznałam cudownych ludzi. Panią Basię, bardzo wierzącą osobę, która przychodziła do mnie często, przynosiła książki, rozmawiałyśmy, poznałam wspaniałego księdza, który również mnie odwiedzał, kobiety, które leżały ze mną na sali, odwiedzały mnie, kiedy tylko mogły. Obce mi osoby, a od rodziny, od mamy nie mogłam liczyć nawet na telefon.

Pan Bóg się o mnie zatroszczył nawet wtedy, gdy po cesarskim cięciu musiałam dojść do podziemi szpitala, by podpisać zgodę na wykonanie sekcji. Ledwo szłam, trzymałam się ściany, było zimno i ciemno, z sufitu leciała woda, i wtedy podszedł mężczyzna nie wiadomo skąd i zaproponował, że mnie podwiezie. Tak nawet wtedy Bóg był i jest teraz zawsze. Rozpisałam się, ale bardzo bym chciała, żeby kobiety walczyły o swoje dzieci, by się nie poddawały.

Pomimo diagnoz lekarzy muszą wiedzieć, że można być ze swoim dzieckiem tyle, ile Bóg da. Czas spędzony z Franciszkiem uważam za ogromną łaskę, że mogłam poznać naszego syna. Poczuć jak kopie, jak się rusza, gdy mogłam w każdy piątek usłyszeć bicie Jego serca. Nie zapomnę nigdy mój rycerzyku. Jestem z Ciebie dumna – mama!


Ewa – mama po stracie

X Strona wykorzystuje pliki cookies do jej prawidłowego funkcjonowania. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację plików cookies witryny. Czytaj więcej w polityce prywatności i plików cookies.